Konkurs zakończony
Największą liczbę głosów uzyskała historia „URATOWANY” autorstwa Pani Anny z Warszawy. Gratulujemy.
Przeczytaj najzabawniejsze historie
  • Uratowany Ostatnie ferie spędziłam z narzeczonym i jego kilkuletnim synem chrzestnym w Rabce. Narzeczony miał za zadanie nauczyć nas jeździć na nartach. Oczywiście chrześniak opanował jazdę już drugiego dnia i chciał jeździć nie czekając na nas. Kiedy ja się przewracałam on zjechawszy miał czekać przy wyciągu. Po kolejnym zjeździe chrześniaka nie było tam gdzie miał być… pobledliśmy z przerażenia. Rozpoczęliśmy poszukiwania, to były najbardziej stresujące chwile naszego życia, przerażenie nie do opowiedzenia. Kiedy opisywaliśmy chłopca ratownikom zobaczyłam go zjeżdżającego w towarzystwie 2 postawnych i jednego drobnego pana. Odetchnęliśmy z ulgą i kiedy sytuacja się wyjaśniła, jeden z większych Panów powiedział do tego drobnego: "jedźmy Panie ministrze". Chrześniaka uratowała Ochrona Rządowa! :)
  • Rozkraczone narty... To był słoneczny styczniowy dzień na Austriackim stoku... Ja, wielki mieszczuch pierwszy raz na nartach, postanowiłem pokazać, że damradę! Chcąc zabłysną przed znajomymi zacząłem zjeżdżać niczym pędząca błyskawica w dół stoku, co jak się po chwili okazało przyniosło opłakane skutki; wylądowałem na blond narciarce, która zaliczyła wywrotkę razem ze mną... Chcąc przeprosić, zacząłem kulawym niemieckim tłumaczyć się oraz wyjaśnić zaistniałą sytuację. Niestety dziewczyna nie rozumiała ani słowa i próbując nawiązać kontakt zaczęła rozmawiać po angielsku. W końcu zrezygnowany uniosłem ręce ku górze i rzekłem w ojczystym języku: "Chyba się nie dogadamy, więc będę spadał"; na co usłyszałem odpowiedź: "OOO!!! Jesteś z Polski, miło Cię poznać":)
  • Szybki zjazd 5-cio dniowy wyjazd. 2-giego dnia kupiłem frytki na stoku, jakoś tak dziwnie smakowały, ale do piwka ok. Niestety rano frytki dały znać o sobie, brzuch bolał, ale dzień bez nart dzień stracony. Wszystko było normalnie aż tu nagle znienacka dopadła mnie potrzeba. I tu jest dramat: byłem na wyciągu:krzesełka w szczyrku. To był mój najszybszy zjazd i już miałem nadzieje na pozytywny finał. Wchodzę do ubikacji i nagle słyszę:„Poproszę dwa złote” zdążyłem krzyknąć„przy wyjściu zapłacę” i dalej biegnę w butach narciarskich. Spodnie z szelkami miałem założone pod bluzą i kolejne zaskoczenie i 10 długich sekund:D Cały sytuacja jest śmieszna dopiero teraz. Jest to typowy przykład opowiadania typu:„Ty tu śmiechy chichy a to dramat ludzki był” teraz sam się śmieje, ale wtedy oj trudne chwile były.
  • Happy End Był piękny słoneczny dzień, lekki przymrozek – wymarzona pogoda dla narciarzy. Po długich oczekiwaniach w kolejce, w końcu udało mi się wyjechać na stok. Niestety już podczas pierwszego zjazdu zaliczyłem upadek i wjechałem na stojącą na stoku kobietę. Ona wystraszona całą tą sytuacją, zaczęła głośno krzyczeć : „Pomocy, ratunku”. Akurat nie daleko stała policja, więc szybko zainterweniowali. Dobrze chociaż, że miałem narty na sobie, bo potraktowaliby mnie jak jakiegoś oprycha napadającego na biedną kobietę. Po długim tłumaczeniu udało się mi ich przekonać, iż był to tylko wypadek. A ku mojemu zdziwieniu nawet owa piękna Pani w ramach przeprosin zgodziła się zjeść ze mną obiad. Dzięki temu wypadkowi poznałem kobietę swojego życia, choć na początku nie zapowiadało się na happy end.
  • nauka jazdy na nartach...? Wyjechałam pierwszy raz w góry z koleżanką i postanowiłam nauczyć się jeździć na nartach. Nigdy wcześniej nie miałam nart na nogach, więc moje pojęcie o ich zakładaniu, poruszaniu się było zerowe. Stanęłam więc z koleżanką na stoku (na szczęście małym), dumna, z nartami w rękach i stosowałam się do wskazówek koleżanki. W końcu narty założyłam, niestety nikt mi nie powiedział żeby zakładać narty stojąc bokiem do stoku i tak jak je założyłam, tak zaczęłam zjeżdżać w dół... I nagle patrzę, a przede mną takie odgrodzenie z lin, a za nim na polu zaspy śniegu do pasa. W ostatniej chwili udało mi się nie przewiesić przez linę - ugięłam nogi, wygięłam plecy i z całym impetem wpadłam zgrabnie pod tą liną w śnieg. Do dziś mnie to rozśmiesza jak sobie wyobrażam, jak musiałam wyglądać...
  • Szalona zabawa. Na feriach zimowych wybrałem się z kumplami na narty (na pobliską górkę) pojeździliśmy trochę aż jeden wymyślił totalnie głupie zawody kto się z turla z całej górki , super się bawiłem, no ale na drugi dzień wszystko mnie bolało.
  • Jednonogi Pamiętam swój pierwszy wypad na narty, byłem wtedy jeszcze niedoświadczonym narciarzem. Pierwsza poważna górka na nartach. Byłem bardzo szczęśliwy. Pamiętam to do dziś, jak przy zjeździe jedna narta odczepiła się z buta i przez jakiś czas jechałem na jednej. Nie był to odcinek kilometrowy, ale trochę się udało podjechać. Na szczęści zakończył się tylko upadkiem, bez doznania jakiś obrażeń. I to w taki sposób mógłbym odkryć snowboard.
  • CIECIN ul. Portowa GDY BYŁEM NA PRZEJŚCIU GRANICZNYM W CIESZYNIE, PODCZAS WYJAZDU NA NARTY, NA SŁOWACJĘ. PODSZEDŁ DO MNIE SKOŚNOOKI AZJATA PYTAJĄC BARDZO ŁAMANĄ POLSZCZYZNĄ: GDŻIE JESZ ULYCA POYRTOWA W CIECINIE. PORTOWA W CIESZYNIE, NA SAMYM POŁUDNIU POLSKI WYDAŁA MI SIĘ DZIWNĄ RZECZĄ, WIĘC POPROSIŁEM O KARTKĘ, KTÓRĄ TRZYMAŁ OBCOKRAJOWIEC Z ADRESEM. NA KARTCE BYŁ ADRES: ul.Portowa SZCZECIN. WSKAZAŁEM MU KIERUNEK NA PÓŁNOC JAKIEŚ 700 KM.
  • Debiut Spełniło się jej marzenie.Na ośnieżonym szczycie rozkoszowała się widokiem narciarzy szusujących po idealnie gładkim stoku.Jej nowiutki sprzęt błyszczał w alpejskim słońcu.„Będę jak oni”.Trzeba tylko skierować narty w dół i powoli ruszyć...o tak.Rosnąca prędkość uskrzydlała:„Jadę!”.Niespodziewane acz trafne pytanie zmąciło magię chwili:jak się zatrzymać?Nim zdążyła odpowiedzieć,nogi zdecydowały za nią.Po chwili szusowała w poprzek góry i to bynajmniej nie na nartach.Te były sprytne i zdążyły się wcześniej katapultować.Siłą woli i tarcia zatrzymała się na skraju zbocza.Obolała próbowała odszukać deski między rozpędzonymi narciarzami.Już nie chciała być jak oni!Chciała do domu!Pozbierała zguby i kroczkami nijak pasującymi do wielkich,niewygodnych butów rozpoczęła mozolną wędrówkę w dół.
  • Pamiętny zjazd Może moja historia nie pochodzi ze stoku a z osiedlowej górki jednak przywołuje beztroskie chwile dzieciństwa.To historia kilku znudzonych dzieciaków, którym brakowało sprzętu oraz jak się później okazało również rozumu. W chłodny, śnieżny dzień podczas ferii postanowiliśmy z kumplami pozjeżdżać z pobliskiej górki. Znaleźliśmy oderwaną, plastikową klapę śmietnika, która według nas była idealna do tego celu. Rozradowani udaliśmy się na nasz "stok" by sprawdzić nową zdobycz. Klapa była na tyle duża, że zmieściliśmy się na niej we troje. Zjeżdżamy! Po jakichś 10 sekundach wszyscy znaleźliśmy się w krzakach a nasz "bobslej" rozpadł się na setki części na wystającym korzeniu. Nigdy nie zapomnę miny mojego 9 letniego wówczas kolegi, który wiązał wielkie plany z tą plastikową klapą :D
  • Historia matematyczno -trygonometczno narciarska II Ze stoku narciarskiego zjeżdżałam i ciągle sobie przyjmowane wartości funkcji trygonometrycznych w poszczególnych ćwiartkach układu współrzędnych powtarzałam. A brzmiał to tak w pierwszej wszystkie są dodatnie. W drugiej tylko sinus. W trzeciej tangens i cotanges. A w czwartej cosinus. Oto jest historia cała jaki wpływ na moją naukę matematyki jazdda na nartach miała.
  • Narto-konkurs Pewnego pięknego poranka wyszłam na stok i zacząłem zjeżdzać,po kilku minutach zorientowałem się ze zjechałem na boczny tor na którym odbywał się konkurs zjazdów na czas,gdy dojechałem na mete jury myślało ze jestem ostatnim uczestnikiem konkursu i nagrodzili mnie za trzeci czas.śmiechu było sporo a jeszcze więcej tłumaczenia hehe
  • Powierzchnia Gaussa Swego czasu, wypoczywając w jednym z włoskich kurortów narciarskich zastanawiałem się razem ze swoją dziewczyną, którą trasę zjazdową wybrać. Zadałem pytanie: "Którą trasę obieramy?" Stojący tuż przy nas, starszy mężczyzna niespodziewanie odpowiedział: "Panieee! Obiera to się powierzchnie Gaussa. Ludzie, tacy jak Pan nigdy tego nie zrozumią". Byłem zdezorientowany i nie wiedziałem co odpowiedzieć. Moja dziewczyna ze śmiechu wywróciła się w śnieg.
  • Nowicjusz nauczyciel Pierwszy raz na stoku, wczesny ranek uczyłem się jazdy na nartach, starałem się korzystać z rad znajomych ale często lądowałem z śniegiem w ustach, w pewnym momencie chciałem zejść i zdjąłem sprzęt szedłem z nartami aż zahaczyła mnie grupka koleżanek która też pierwszy raz była na stoku i pytały się mnie czy będę ich nauczycielem, one nie znały prawdy a ja liczyłem na randkę, więc uczyłem je twardo sam nic nie potrafiąc dawałem wskazówki i najlepsze jest to że ona nauczyły się jeździć a ja sam nie potrafiłem i wszystko wyszło w momencie gdy chciały zjechać ze mną ze stoku. Po wszystkim udaliśmy się na ciepły posiłek i śmiechu było co nie miara :D
  • Rękawiczka To wydarzyło się na mniej profesjonalnym stoku-wiejskim. Jak wiadomo, skoro stok nieprofesjonalny to i sprzęt nie do końca. Tak jak moja rękawiczka która była robiona na drutach... Wybrałem się więc, do kuzyna na wieś, który miał mnie nauczyć jeździć na nartach. Góra niczego sobie, dość duża była, brakowało tylko wyciągu, żeby było łatwiej wracać. Nie to jednak było największym problemem, tylko krzaki które były trochę na uboczu. Pierwszy, drugi zjazd-oczywiście miękkie lądowanie. I czasem też mnie znosiło-własnie troche w stronę tych krzaków. Więc za którymś razem pojechałem za blisko tych krzaków i...rękawiczka zachaczyła się o wystającą gałaź i się na niej zatrzymała-ja jechałem dalej.Jak już się zatrzymałem zostało trochę więcej jak pół rękawicy. Przynajmniej wracałem jak po sznurku :)
  • HAMOWANIE... Będąc na nartach z rodzinką miałam fajną przygodę, na szczęście nic się nie stało. Pamiętam była piękna pogoda, słoneczko świeciło, na głowie gogle i zapał do zjeżdżania. To był mój pierwszy raz. Ale patrząc na innych zdawało się to takie proste. Więc hop do przodu, i co dalej, prędkości nabieram a jak tu hamować. Zjechałem z toru i las wita. Strach przed oczami. Na szczęście nie zaliczyłem drzewa, tylko jakiś krzak mnie zatrzymał. Nie obyło się bez zadrapań, ale i tak uważam to za szczęśliwe zatrzymanie. Następny zjazd był po nauczeniu się hamowania :)
  • Ulotna głupizna. Podczas przejazdu busem pod stok w Zakopanym, prowadziliśmy wesołą pogawędkę z kierowcą, który widać było, że "z niejednego pieca chleb jadł".Typ człowieka nie przebierającego w słowach. Po krótkiej jednak rozmowie dowiedział się, że 60% naszych to belfry, więc hamował się w określeniach. Było dość mroźno a on sobie okno otworzył i pędził jak szalony. Po chwili jednak rzucił żart do dziewczyn czy ich nie wywieje. Riposta mojej żony brzmiała: najwyżej wywieje mi głupiznę. Nastąpiła ogólna konsternacja. Kierowca aż się zaczerwienił. Zapytał: co pani wywieje? Żona powtórzyła: głupiznę. Po czym odetchnęliśmy i parsknęliśmy śmiechem. Okazało się że w dość dużym hałasie nie było słychać początku wyrazu "głu" a "n" zabrzmiało jak "d", no i wszyscy zrozumieli... Śmialiśmy się cały tydzień.
  • Żółta ścieżka .) Kiedy jeździłem na jednym z beskidzkich stoków z koleżanką,postanowiliśmy zrobić przerwę w połowie trasy.Zatrzymaliśmy się obok lasu i zaczęliśmy rozmawiać.NAGLE zza stojących obok gęsto sadzonych choinek z pędem na trasę wyjechała Pani z"nie podciągniętymi spodniami",zostawiając za sobą "żółty szlak":).W połowie szerokości trasy wywróciła się,szybko pozbierała,podciągnęła spodnie i pojechała na dół bardzo zawstydzona.Ja z koleżanką oboje zaczęliśmy się śmiać nieopanowanie! Kiedy już się uspokoiliśmy,postanowiliśmy sprawdzić jak się to stało. Weszliśmy do lasu idąc śladem "żółtej ścieżki".Kiedy doszliśmy do "źródła"okazało się,że owa Pani próbowała załatwić potrzebę ustawiając zapięte narty prawie równolegle do spadku stoku, przytrzymując się kijków, których zresztą zapomniała w lesie:)
  • Koniec zimy na Wierchomli Zakończenie sezonu 2007 zaplanowaliśmy na Wierchomli. Niestety jak to w Polsce bywa koniec sezonu był również końcem śniegu. Można było jedynie szusować po utworzonym przez środek góry pasie sztucznego śniegu, na brzegach którego rozstawione zostały znaki informacyjne. Zjeżdżając dosyć szybko zignorowałem stojący przed końcową częścią stoku znak nakazu jazdy z lewej jego strony i… za ułamek sekundy okazało się, że pod moimi nartami skończył się śnieg… (kto był na Wierchomli i zna stok wie, że jego ostatni etap w porównaniu z resztą jest dosyć stromy). W miejscu gdzie skończył się śnieg zostały narty. Ja, ze złamanym kijem zostałem wyłapany przez pomarańczową siatkę, rozstawioną kilkanaście metrów niżej. Być może dla mnie zabawne to nie było ale znajomi mieli ze mnie ubaw do końca pobytu.
  • Pierwszy zjazd Piewszy raz mając narty na nogach trenowaliśmy zjeżdżając 15m.Po godzinie czuliśmy się wystarczająco pewnie by zmierzyć się z 2 km stokiem.Nagle Ula krzyczy,że nie może się zatrzymać.Wołałem:złącz kolana i postaw narty rantem-to tylko spowalniało.Na tą chwilę wydawało się to śmieszne,aż tak,że oboje zwijaliśmy się ze śmiechu "jadąc na krechę" i nabierając coraz większej prędkości.W połowie stoku minęliśmy narciarkę wołającą: przepraszam,czy moglibyście zrobić mi zdjęcie? Odkrzyknęliśmy,ciągle się rozpędzając: nie możemy się zatrzymać.Cała sytuacja jeszcze bardziej nas rozśmieszyła.Koniec stoku był jednak coraz bliższy.Ula wjechała w tłum oczekujących na wyciąg,myślałem że to ją zatrzyma ale tłum się rozsunął a ona wpadła w siatkę zabezpieczającą lądując tyłkiem w dół i nartami w górę.